III Niedziela Wielkanocna

III Niedziela Wielkanocna

Słowo na niedzielę.

To już trzecia Niedziela Wielkanocna. Czas mija szybko, bardzo szybko. Nie tak dawno szliśmy do kościołów, aby pobłogosławić pokarmy na stół wielkanocny, ale co najważniejsze – przeżywaliśmy Święte Triduum, te najważniejsze dni w całym roku. Bez Zmartwychwstania nie byłoby nas, nie byłoby chrześcijaństwa.

Z perspektywy tych kilkunastu dni – co zmieniło się w nas, w naszym życiu? Jaki wpływ na nasze codzienne życie ma Zmartwychwstanie Jezusa? O to dzisiaj pyta nas Pan w liturgii słowa.

Pierwsze czytanie mówi o przedziwnej odwadze prostych ludzi, mężczyzn, którzy jeszcze jakiś czas temu zajmowali się jedynie łowieniem ryb. To Apostołowie. Dzisiaj już potrafią stanąć przed całym Sanhedrynem, przed całą elitą ludzi wykształconych, religijnych, ważnych w narodzie i powiedzieć im w oczy, że się mylą. Potrafią cierpieć z radością! Skąd ich odwaga? Skąd to męstwo? Skąd ta pewność, radość? Mówią, że to Jezus Ukrzyżowany i Zmartwychwstały.

Drugie czytanie mówi o Baranku zabitym, który odbiera uwielbienie na równi z Zasiadającym na tronie od wszystkich mieszkańców nieba i od całego stworzenia na ziemi. Wszystko co jest, uwielbia Baranka. I kiedy już nikt nie wie, jak Go uwielbiać to po prostu padają twarzą na ziemię i… adorują Go w milczeniu. Skąd to uwielbienie? Skąd ta miłość? Skąd ta wdzięczność, oddanie? Mówią, że to Jego miłość i oddanie było pierwsze.

Natomiast w Ewangelii, którą dzisiaj czyta nam Kościół słyszymy o tym, że kilku Apostołów poszło łowić ryby. Niby nic a jednak coś. Dlaczego? Bo kilka wersów wcześniej czytamy o ich spotkaniu ze Zmartwychwstałym, z żywym Jezusem a teraz jakby nigdy nic idą łowić ryby. Normalne?

Kiedy rankiem, po całej nocy bezowocnych połowów, nad brzegiem jeziora stanął Jezus, to zadał tym Apostołom jedno pytanie: czy macie coś do jedzenia? Skąd Jezus bierze te pytania? Trafia nimi zawsze w samo sedno. Pyta o głód, bo gdyby nie ich głód to nie poszliby łowić ryb. Gdyby nie pragnienie to Samarytanka nie przychodziłaby do studni, aby czerpać z niej wodę. Tu jest klucz do zrozumienia ich, ale też i naszego położenia. Wciąż czegoś pragniemy, wciąż czujemy głód i dlatego odchodzimy daleko, by szukać nasycenia. Ale przecież nie jest to głód chleba. Jest to głód Boga, Jego słowa, Jego obecności, miłości i Pan pragnie, aby to źródło wytrysnęło w nas!

Św. Piotr kiedy usłyszał, że ten Człowiek nad brzegiem jeziora to jego Pan, nie patrzył na nikogo, ale rzucił się do wody i płynął do Niego – tak Go pragnął. I dopiero wtedy, gdy sam Pan nakarmił go swoim Chlebem, św. Piotr mógł zostać zapytany o miłość. I to na tym pytaniu zawisło ponowne powołanie św. Piotra. Zrozumiał, że już nie może żyć dla siebie, wracać do dawnego życia, do łowienia ryb, ale, że jego życiem jest teraz Chrystus. I za Niego niebawem to swoje życie odda.  

Nie wiem czy z nami jest podobnie. Nie wiem. Ale może tak być. Może być tak, że święta, święta i po świętach, że jajeczko, prezenty a nawet wspaniałe uroczystości – i tyle, i z powrotem do normalności, codzienności, dawnego, starego życie. Może być tak, że to w ogóle nie zmienia nas, naszego życie, nie zmienia nic. Ale może tak nie być. Może tak nie być… Jezus naprawdę czeka nad tym brzegiem na Ciebie i na mnie, czeka, aby w końcu nasycić nasz głód sobą, bo tylko wtedy, nakarmieni Nim samym, Jego miłością będziemy zdolni do tego, by oddać za Niego życie.